Rekomendacje


"Do dziewczyn o złotych sercach"

Do dziewczyn o złotych sercach

Siedzimy na tarasie pięknie przyozdobionym kwiatami, przed nami widok na duży, pieczołowicie wypielęgnowany ogród i na staw z mostkiem, jak z romantycznego filmu albo ze starej pocztówki. A za tym wszystkim jeszcze ściana lasu. Pani doktor o znanym niegdyś w Olsztynie nazwisku po latach pracy postanowiła zostać mieszkanką tego Domu. I ja-niemal codzienny gość składający tu wizyty od 1 lipca 2013 roku. To wtedy właśnie z Fundacja Laurentius, Domem Opieki „Laurentius” podpisałem umowę na świadczenie usług opiekuńczych jako pełnomocnik osoby mi bliskiej, zamieszkałej w Warszawie…

Oglądałem firmowe druki Fundacji z zainteresowaniem – opatrzone logiem, rysuneczkiem zgrabnie nakreślonym, z dwoma wieżami kościelnymi i napisem: Diakonia Neuendettelsau. Do umowy dołączono kilka załączników. Pierwszy z tytułem „Posłannictwo diakonii” to właściwie wyjaśnienie, że słowo diakonia, wywodzące się z greki znaczy „służba”, a podstawa diakonii jest aktywna troska o ludzi słabych, bezbronnych i dzieci, niepełnosprawnych, wszystkich potrzebujących opieki oraz wsparcia. To już teraz historia, podobały mi się zadania diakonii. I Dom opieki Laurentius – dobrze zaprojektowany, funkcjonalny, znakomicie wyposażony, w dodatku sprawiający wrażenie sprawnie działającego mechanizmu. To zaważyło na mojej decyzji: żegnaj Warszawo, w Olsztynie moja chora żona znajdzie dobra opiekę, której sam nie jestem jej w stanie zapewnić. I teraz niemal codziennie przychodzę z wizytą do Domu Opieki „Laurentius”.

Wysłuchuje relacji Pań opiekunek „co dzisiaj u żony”, obserwuję skomplikowane przejażdżki domowników wózkami, starania opiekunek, aby „udały się” posiłki. I spotkania starszych Pań unieruchomionych w Fotelach z terapeutką. To nic, że śpiewają „jak dobrze nam zdobywać góry”. Tę piosenkę akurat zapamiętały najlepiej.

Mamy więc o czym rozmawiać siedząc na tarasie "Laurentiusa". Mieszkanka Domu, pani doktor, jest osoba spostrzegawczą, wyraża opinie przekonywujące, w dodatku poparte medyczna wiedzą i doświadczeniem z długich lat lekarskiej praktyki. Patrzymy na różnorodne czynności opiekunek i zgodni jesteśmy, co do tego, iż panie pracują profesjonalnie, a w dodatku potrafią być takie miłe...

Tak jak ja, inni odwiedzający Dom Opieki twierdzą, że nie można zostawiać myślenia o przebywających tu bliskich osobach po opuszczeniu progów instytucji. To temat powracający. Na ulicy podczas spaceru, w samochodzie, w domu. Dlatego po raz któryś sięgam do książki, prezentu od dyrekcji Domu Opieki, Elke Endrass: "Wilhelm Loehe - Jak ojciec diakonis połączył pobożność i miłość bliźniego z przedsiębiorczością" (Wyd. Wichern, Berlin 2012).

Wilhelm Loehe /1808-1872/ był dzieckiem ewangelickiego ruchu odnowy, rozwijającego się od przełomu XVIII i XIX w. Kiedy jako młody administrator parafii trafił do Neuendettelsau, była to wioska "mizerna", zapuszczona, w której bieda wyzierała z każdego kąta. Loehe wzniósł tu Dom Macierzysty Diakonis, kaplicę, dwa szpitale, dom sierot, dom resocjalizacji dziewcząt, ośrodek dla ludzi niepełnosprawnych umysłowo, zakłady zaopatrzeniowe, zorganizował gospodarstwo rolne. A dziś - jak podaje autorka - nazwa Neuendettelsau znana jest niemal wszystkim protestantom, stała się "ewangelickim Rzymem w Bawarii". Wilhelm Loehe uczynił coś jeszcze: stworzył zasady nowoczesnego zarządzania i pozostawił po sobie pomysł wyjścia diakonii poza granice Niemiec. Z tego co zapoczątkował powstała cała sieć inicjatyw diakonijnych, licząca ponad 200 instytucji w kraju i za granicą... Miedzy innymi w Olsztynie.

Jeśli z podziwem patrzę na funkcjonowanie Domu Opieki "Laurentius" muszę z uznaniem myśleć o ludziach, którzy nim zarządzają, organizują życie tej instytucji. Ale najbardziej o tych, których widzę. Najwięcej więc wiem o pracy terapeutek, pielęgniarek, przede wszystkim zaś opiekunek. Większość z nich ukończyła policealną szkołę dla opiekunów w domach pomocy społecznej. Zaczynały naukę w policealnej szkole mając czasem już dyplomy licencjackie wyższych uczelni, tytuły inżynierów, studia ekonomiczne, pedagogiczne. Dlaczego więc zdecydowały się na trudny zawód opiekunki w domu pomocy?

"Przez dłuższy czas musiałem pielęgnować kogoś bardzo chorego z rodziny" - wyznała mi kiedyś jedna z pań. Inna mówiła, że wierzy w sprawiedliwość losu. Wszyscy w najbliższej rodzinie chorują na nowotwory. Wiem, że mnie kiedyś będzie potrzebna opieka. Jeśli więc los jest sprawiedliwy...

-"Czasem w zawód "wpada się" przez wolontariat, który dowartościowuje i daje satysfakcję" - słyszałem innym razem.

Wolontariusze zjawiają się w Domu często. Nie tylko z kraju. Z Niemiec przyjeżdżają młodzi ludzie, aby sprawdzić się przed wyborem kierunku studiów, albo z powodów religijnych, bądź żeby przeżyć przygodę.

Tak oto zwierzał mi się młody Niemiec, żegnając się z Domem Opieki po 10 miesiącach wolontariatu: "Jestem zadowolony, bo była to dla mnie szkoła życia. I jeszcze poznałem wspaniałe polskie dziewczyny o złotych sercach".

Dawno temu miałem okazję rozmawiać ze świetnym chirurgiem Adamem Majewskim. Także o polskich kobietach. Nie pamiętam dokładnie, jakich symboli doktor używał. Było na pewno coś o sercu. Szlachetnym, wielkim czy może złotym - nie pomnę.

W latach 60-tych ukazały się wspomnienia dr Majewskiego, "Wojna, ludzie i medycyna". Książka stała się hitem na księgarskim rynku. Autor przedstawia swój szlak bojowy - wędrówkę z Wojskiem Polskim po egzotycznych krajach, w sanitarnych czołówkach, szpitalach ,  z którymi był związany, pisał o ratowaniu chorych i rannych, także w słynnym "Domku doktora" pod Monte Cassino, gdy trwała tam bitwa. O kobietach wspominał też. "Nie ulega kwestii, że fachowość zarówno sisters, jak i nurses brytyjskich był lepsza niż polskich... Angielski personel pielęgniarski to zespół automatów. Ich podejście do chorego czy rannego jest fachowe, pedantyczne, systematyczne, ale brak w nim ciepła. Nie wyobrażam sobie pielęgniarki brytyjskiej - która by się do rannego uśmiechnęła, pogładziła po głowie i porozmawiała z nim po prostu i po ludzku..." A dalej:"... widziałem rannych żołnierzy brytyjskich, którzy po leczeniu opuszczali polski szpital i żegnając się z płaczem dziękowali za opiekę i prawdziwie ludzkie podejście do nich. Niektórzy wprost mówili, że nigdy dotąd nikt im tyle serca nie okazał.

Ludzkie podejście, okazywanie serca - teraz rozumiem, co to znaczy, bo widzę to niemal każdego dnia w Domu Opieki. Często spontanicznie zdarza mi się wykrzyczeć "Dziękuję, dziękuję!". Nie miałem wielu okazji, aby powiedzieć coś więcej "dziewczynom o złotych sercach".

Ryszard Nowicki

Olsztyn, lipiec 2015